Strona używa plików cookie, pozostając na niej wyrażasz zgodę na ich użycie.

Na dole

Wyjazd ostatniej tony był sygnałem, że w historii KWK Kazimierz-Juliusz otwiera się zupełnie nowy rozdział. Należy przypomnieć, że decyzja o likwidacji ostatniej kopalni węgla kamiennego w Zagłębiu Dąbrowskim zapadła w Spółce Restrukturyzacji Kopalń 1 grudnia 2014 r. Zarząd Spółki postanowił wówczas, że wydobycie w Kazimierzu-Juliuszu będzie kontynuowane do końca maja 2015 r.

Czytaj więcej

Działania prowadzone w Kazimierz-Juliuszu opierały się na planie ruchu likwidowanego zakładu, który trzeba było przygotować do czasu zakończenia wydobycia. Musiał on zostać zatwierdzony przez Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach. Ponadto niezbędny był plan likwidacji zakładu górniczego.

Prace rozpoczęły się od uproszczenia sieci wentylacyjnej, czyli likwidacji poszczególnych rejonów kopalni. Chodziło o to, aby jak najbardziej zminimalizować zagrożenie pożarowe. Zadanie w tym zakresie były podzielone na trzy etapy. W ich ramach zlikwidowano 34 km wyrobisk poziomych oraz blisko 3 km wyrobisk pionowych, czyli pięciu szybów: Kazimierz I, Kazimierz II, Kazimierz V, Maczki i Karol.
Dwa ostatnie były zlokalizowane poza głównym terenem kopalni. Karol w ruchu Juliusz, a Maczki w dzielnicy Sosnowca o tej samej nazwie.

Zgodnie z przyjętym harmonogramem część dołowa kopalni miała zostać zlikwidowana do końca 2016 r. I tak się też stało. Ostatnie kursy klatki miały miejsce w pierwszej połowie października. Jednymi z ostatnich „pasażerów” była figura św. Barbary i zabytkowe płaskorzeźby przedstawiające godło państwowe. Opuściły one wyrobiska kopalni 7 października 2016 r.

Szyby do zasypania musiały zostać przygotowane. Nie można bowiem zrzucać do nich materiału tak od razu. W pierwszej kolejności należało wyzbroić szyb z elementów, które przeszkadzałyby w zasypywaniu. Praktycznie wszystko, co się w nim znajdowało i było zamontowane w orientacji poziomej, musiało zniknąć. Dopiero po takich przygotowaniach można było w zasadzie wyłączyć część podziemną kopalni. Jako ostatni w wyrobiskach kopalni byli pracownicy odpowiedzialni za odwadnianie. To oni wyłączyli pompy. Wtedy też zaczął się naturalny przypływ wody do wyrobisk. W przypadku Kazimierza-Juliusza było to ok. 9 m sześc. na minutę. Po zakończeniu zjazdów następnym zadaniem był demontaż lin klatek, przeciwciężarów oraz skipów.

W teorii samo zasypanie szybu wydaje się czymś prostym i tak w zasadzie jest. Zanim zacznie się sypać, trzeba zwrócić uwagę na szczegóły i dobrać technologię do panujących warunków. W przypadku szybu Kazimierz II trzeba było zbudować zsuwnię. Dzięki niej materiał mógł być kierowany na dół i nie spiętrzał się w okolicach zrębu. Przy szybie Kazimierz I zamontowano natomiast belki odbojowe i samochody mogły podjeżdżać bezpośrednio pod samą krawędź. W przypadku szybu Kazimierz V do zasypywania wykorzystano kanał wentylacyjny, którym wcześniej wyciągano z dołu zużyte powietrze. W tym przypadku samochody podjeżdżały z boku szybu, a nie w okolice samego zrębu.

W sumie do zasypania pięciu szybów zużyto 122 175 t materiału, który zwieziono w czasie 4 844 kursów. Najwięcej „pochłonął” Kazimierz II. Było to 35 188 t, a do ich przywiezienia trzeba było wykonać 1 367 kursów. W szyb Kazimierz I wsypano 32 624 t (1 283 kursy), a w Kazimierz V 24 970 t (1 025 kursów). Szyb Karol zlokalizowany w ruchu Juliusz „przyjął” 22 642 t (907 kursów), a Maczki „tylko” 6 751 t (262 kursy).

Gdy już materiał znalazł się na swoim miejscu, można było przejść do zabezpieczenia miejsc po wyrobiskach pionowych. Po wykonaniu zasypu do poziomu zrębu, rura szybowa została przygotowana do wylewki betonowej zamykającej szyb. Wykonano warstwę izolacyjną i zbrojenie właściwe dla płyty żelbetowej. W wylewkach zostawiono miejsce na studzienki. Dzięki nim można sprawdzać, czy materiał nie osuwa się i założony poziom zasypania jest utrzymywany. Jeśli zajdzie konieczność, to można go uzupełnić. Ponadto na zrębie pozostawiono specjalne rury, za których pośrednictwem można sprawdzać poziom wody w kopalni. Tyle zostało po szybach.

Likwidacja części podziemnej obejmowała także wywiezienie na powierzchnię maszyn i urządzeń. Oczywiście operacja tą objęte było wyposażenie, które opłacało się wydostać. Jako ostatnie opuściły kopalnię elementy przepompowni z poziomu 123.

W procesie likwidacji kopalni uczestniczyli etatowi pracownicy SRK oraz firmy zewnętrzne, w których byli zatrudnieni byli pracownicy sosnowieckiej kopalni. Likwidacja macierzystej kopalni była dla nich szczególnie trudna z powodu wielu emocji związanych z tym miejscem.